sobota, 10 września 2011

Lekcje

Już na dobre zadomowiliśmy się w przedszkolu. Nasza praca zaczyna się od godziny 8. Do godziny 9 zbierają się wszystkie dzieci i zaczynamy lekcje. Chwila nauki, chwila zabawy i nie wiadomo kiedy przychodzi pora drugiego śniadania. Po godzinie dwunastej autobusem podjechaliśmy do państwowego ośrodka szkolnego " SOS Village". Tutaj spędziliśmy pierwszy dzień z grupą 36 dzieci w wieku 8-10 lat. Bardzo duże wrażenie robi dyscyplina oraz jednakowe mundurki z wyszytym numerem każdego ucznia. Grupa 36 dzieci nie była wcale trudna do opanowania. Po początkowych zabawach dzieci bardzo szybko pochwyciły luźny i zabawowy styl prowadzonych przez nas lekcji. Za dodatkową odpowiedz czy znajomość słowa dzieciaki otrzymywały czekoladowe piłki. Tutaj skończyliśmy nasz dzień pracy o godzinie 15. Dzieci odprowadziły nas do szkolnej bramy i pytały się  po kilka razy czy na pewno wrócimy w poniedziałek. Bardzo pozytywnie zostaliśmy odebrani przez nauczycieli i dyrektora, który na poniedziałek przygotuje nam dokładny plan zajęć.

 Dwie dziewczynki z przedszkola o imionach Piggy i A.M :)
 Szał  malowania twarzy z grupie młodszej.
 Dyrektorka przedszkola z jednym z wychowanków.


 Dumny przedszkolak o imieniu Jam.
 Dzieci poznają części twarzy.
 Pierwszy dzień w szkole SOS Village.

 Grupa 36 dzieci w wieku 8-10 lat przy  szkole SOS Village.



czwartek, 8 września 2011

Nauki dzień pierwszy

Za nami pierwszy dzień nauki. Dzisiaj byliśmy  w pierwszym z dwóch miejsc w Vientaine, w którym uczymy języka angielskiego.  Jest to  dwujęzyczne przedszkole o uroczej nazwie: „ Little Star School”. Mamy tutaj dwie grupy wiekowe : 1-3 lat oraz 4-6 lat. W każdej w grupie mamy zajęcia trwające około 1,5 godziny. Dzisiaj też ustaliliśmy szczegóły nauki w państwowym ośrodku szkolnym o nazwie SOS Village gdzie znajduje się przedszkole, sierociniec oraz szkoła. Tam mamy grupę dzieci  w wieku 8-11 lat , a jest ich 36.
Dzisiejsze zajęcia minęły nam bardzo szybko. Dzieci były bardzo zainteresowane dwoma ogromnymi panami z Polski, którzy przyjechali ich uczyć.  Niekwestionowanym hitem była zabawa z chustą Klanzy oraz kredki do malowania twarzy. Na pierwszej lekcji dzieci poznały literki oraz wyrazy zaczynające się od poszczególnych liter alfabetu. 








Luang Prabang - Vientiane

Pełni nadziei i pozytywnych myśli o przyjemnej i obliczanej na około 10 godzin podróży, wsiedliśmy do busa przypominającego tylko z nazwy „VIP Bus”. Bus wyjechał o godzinie 19.30 czasu miejscowego. Już godzinę później zaczęły się małe komplikacje. Przez padające deszcze droga nie była w dobrej formie i kierowca musiał wolno jechać. Zaśnięcie w busie nie umilały podskakiwania na wybojach, częste pokrzykiwania  i rażące światła oznaczające przystanki   oraz głośnia muzyka z gatunku Lao New Age. Jednak już około północy stanęliśmy definitywnie. Okazało się , iż przez spore opady deszczu część skarpy osunęła się wraz z drogą. Na miejscu pracowało  już sześć koparek usypujących nową półkę z ziemi, która miała spełnić rolę drogi. Kiedy w końcu nasz bus przejechał przeszkodę okazała się , iż spędziliśmy w tym miejscu 16 godzin , a nawet nie byliśmy w połowie drogi. Jednak nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło! Ostatnie 6 godzin minęło nam na rozmowie z parą nowo poznanych sympatycznych Czechów.
Do stolicy dojechaliśmy powoli, acz bez większych problemów o trzeciej rano. Odebrała nas znajoma Laotanka , która stwierdziła , iż pobiliśmy rekord guinnessa w długości  przejazdu na naszej trasie. (niestety jest to rekord nieoficjalny oraz niepotwierdzony  i nie zamierzamy go powtarzać). Pierwszą noc w Vientiane spędziliśmy w hotelu, a następnego dnia zaczęliśmy organizować się na miejscu o czym napiszemy w następnym poście.
Droga...


środa, 7 września 2011

Organizacja zajęc

Przyjechaliśmy o trzeciej rano  do Vientiane po trzydziestu godzinach w autobusie (z czego 16 czekaliśmy w jednym miejscu przez oberwanie drogi- relacja w wolnej chwili). Zostaliśmy odebrani przez znajomych , którzy zawieźli nas do miejsca pobytu. Dzisiaj rano byliśmy szkole językowej i sierocińcu. Mamy już plan zajęć oraz  mieszkanie.  Jutro pierwsze zajęcia z dzieciakami. Poniżej zdjęcie z dyrektorką szkoły o imieniu Nok oraz dwoma opiekunkami z filipin oraz Michałem:)



poniedziałek, 5 września 2011

Dokładnie na środku granicy pomiędzy Tajlandią i Laosem.
Mini banan. Norm europejskich by nie przeszedł z pewnością.











Za nami dwa dni spędzone na łodzi poruszającej się z prędkością turystyczną po rzece Mekong. Jest to bardzo ciekawa forma transportu. Jeżeli przymknie się oko na niewygodne siedzenia wyciągnięte ze starych samochodów i ustawione blisko, bardzo blisko siebie to można skupić się na wspaniałych widokach przewijających się za burtą. Nasza jednostka pływająca miała około 30 metrów długości i 2 m szerokości. Z przodu honorowe miejsce zajmował kapitan. Następnie znajdowała się część ładunkowa, a za nią szeregi foteli. Co można natomiast powiedzieć o samej rzecze Mekong? Jest długa jak Texas i szeroka jak boisko futbolowe. Podczas rejsu nieprzerwanie po obu stronach rzeki przewijają się ściny zielonej dżungli. Co jakiś czas widać większe i mniejsze skupiska domków na palach. Przy większych wioskach łódź cumuje by wziąć towary i pasażerów. Coś w rodzaju autobusu tylko przystanki na żądanie tworzą się wszędzie. Sama rzeka nie jest zatłoczona. Co jakiś czas widać małą i długą łódkę z jednym rybakiem, dziećmi płynącymi do szkoły lub zawodnikami ćwiczącymi pływanie na czas. W pierwszy dzień na łodzi spędziliśmy około 8 godzin. Wieczorem dopłynęliśmy do miejscowości, w której czekał nas nocleg. Ceny noclegów były bardzo niskie. Jednak to była tylko okazja do zachęcenia turystów. Obiad w jadłodajni hotelowej kosztował dwa razy tyle co pokój dla dwóch osób o deserze nie wspominając.( ciągle jednak mówimy o kwotach rzędy 3-4 dolarów). Jednak to tam właśnie jedliśmy pierwszy raz pieczywo od około trzech  tygodni. Co jeszcze lepsze to pieczywo było wyrabiane na miejscu i podawane z przepysznym sosem, warzywami i  kurczakiem. Jedzenie miejscowe jest bardzo dobre. Jednak po trzech tygodniach jedzenia głównie ryżu, makarony i warzyw z odrobiną mięsa człowiek ma ochotę na wielki kawał mięsa z ziemniakami. Drugi dzień to już prawie 10 godzin na na łodzi i w końcu stacja docelowa : Luang- Prabang. W przewodniku napisane jest, iż ludzie planują zostać tutaj na 2-3 dni, a nie zauważają nawet kiedy mija miesiąc , a nawet rok. To rzeczywiście prawda. Zaskakuje tutaj niesamowity spokój. Z ludzi bije życzliwość i spokój. Okoliczni restauratorzy czy handlarze  w żadnym wypadku nie są natarczywi. Z chęcią zostalibyśmy tutaj dłużej jednak chcemy jak najszybciej dotrzeć do stolicy i zacząć naukę języka angielskiego dzieci w sierocińcu  i szkole. Dziś wieczorem czeka nas 10 godzin jazdy nocnym autobusem do stolicy Laosu- Vientiane.

środa, 31 sierpnia 2011

W dżungli z lokalami

Za nami trzydniowa przeprawa przez dżungle na północy Tajlandii. Dobraliśmy się w większą grupę z ludźmi z różnych krajów. Pierwszy dzień przywitał nas monsunowym deszczem. Pomimo okryć przeciwdeszczowych okazało się, iż przemaka wszystko i wszędzie. Osobiście chciałbym nadmienić, że nie wytrzymał nawet mój zegarek z wodoodpornością do 50 m jednej z wiodących marek turystycznych.(mówi Michał) Wieczorem doszliśmy do wioski plemienia Meo. Tam spaliśmy w typowym domu zbudowanym na balach. Posiłki na całej trasie składały się głównie z ogromnej ilości ryżu lub makaronu, warzyw i odrobiny mięsa. Dzień drugi (zostało nas tylko 5 osób) minął nam na ponad 7 godzinnej wspinaczce do wioski Karen, gdzie trudy przeprawy wynagrodziły nam wspaniałe widoki okolicznych szczytów i przesyconych zielenią  tarasów ryżowych. Nieodłącznym elementem naszego przemarszu było dwoje przewodników. Wyższy Moi (160 cm) oraz niższa Noii (130cm). Jednak byliśmy w błędzie !! Okazało się, iż Noii pomimo naszych przepuszczeń, że jest to kobieta, okazał się mężczyzną. Pomyłka dosyć powszechna w Tajlandii. Podstępne stają się tutaj ubiór, głos, ogólna aparycja zewnętrzna.  Jednakże Moi i Noii okazali się braćmi. Podczas całej wyprawy umilali nam czas anegdotkami z pogranicza historyczno- naturalnego.  Na przykład Noii pokazywał nam stare okazałe rany cięte na lekko licząc 70 szwów, które wyniósł z  bójki, podczas której jego brat (Moi) zabił człowieka. Po tym zdarzeniu spędził dwa lata w tajskim więzieniu, a wiadomo, że te do łatwych nie należą. Tak to nam mijała wędrówka. Przewodnicy byli naprawdę bardzo pomocni i uczynni. Razem nawet ku uciesze lokalnej gawiedzi naostrzyliśmy przy specjalnym kamieniu na brzytew mój nóż. Z wiadomych powodów temat noży jest im bardzo bliski. Każdy z nich miał przynajmniej po maczecie i nożu. Mogliśmy zatem wymienić się wzajemnymi spostrzeżeniami  i uwagami  z zakresu tych gadżetów. Dzień trzeci to krótsze już zejście do cywilizacji. Zmierzyliśmy się godzinną przeprawą na słoniu oraz spływie na bambusowych tratwach.

Po jutrze musimy przejść granicę z Laosem. Tam czeka  nas dwu dniowy spływ w głąb kraju. Ostatnie 300km do stolicy Laosu- Vientaine pokonamy lądem. Na miejscu już czeka na nas sierociniec, szkoła oraz wstępnie zarezerwowany pokój w mieszkaniu. 


 Moi

 Noii

 Kolacja na szlaku

 Kurczak po tajsku z warzywami

 Zupa z kuzynem ogórka 
(zapomniana nazwa warzywa o ile to jest warzywo)

 Sałatka z papai i tofu

 Lunch na skale z ładnym widokiem


 Pola ryżowe

 Nasi przewodnicy

 Sypialnia (Michał na pierwszym plainie)
 Kuchnia

...

Wioska Meo





Wioska Czerwonych Karenów 











 Kierowca słoni z papierosem zwiniętym w liście bananowca

Nie obyło się bez deszczu